Połączeni

Kiedy byłam młodsza i trochę głupsza niż teraz to śmiałam się, że nic nie łączy ludzi tak jak alkohol. Odkąd zaczęłam mieć świadomą relację z Jezusem wiem, że nic nie łączy ludzi tak jak modlitwa.

Zawsze najprościej przychodziła mi modlitwa prośbami, bo to tak najłatwiej wyrazić, a co tu dużo ukrywać, mam wiele interesów do Boga. Jeśli ktoś mnie prosi o modlitwę, to nie potrafię odmówić, bo jak mogę odmówić komuś Łaski, która tak swoją drogą nie należy do mnie. Czasami słyszę Asia, weź się za mnie pomódl, najbardziej rozśmieszył mnie kiedyś argument Módl się za mnie, bo Ty masz Ducha, ale odpowiedziałam tylko Ty też Go masz, ale spoko pomodlę się. Modlę się za konkretne osoby czasami bardziej, a czasami mniej intensywnie. Panu Bogu moje modlitwy nic nie dodają, ale to jak On zmienia moje serce przechodzi wszystkie moje wyobrażenia.

Pierwszy i jak na razie jedyny raz odmawiałam nowennę pompejańską w intencji mojej przyjaciółki i jej chłopaka. Na początku pojawiały się myśli: chciałabym, aby “po prostu żyli po Bożemu”, może się rozstaną, ale z każdym paciorkiem różańca Jezus uczył mnie, że to wcale nie o to chodzi. Ta modlitwa zmieniła mój sposób patrzenia na nich, na ich sytuację. Nauczyła mnie miłości do nich. Nie raz mega trudnej, ale takiej prawdziwej miłości do bliźniego.

Jezus stawia na mojej drodze bardzo różne osoby i porusza moje serce do modlitwy za nie. Momentami jest cięzko, bo zależy mi na konkretnych relacjach, a jedyne co mogę w danej sytuacji zrobić to oddać taką relację Bogu w modlitwie.

Przez ostatnie półtorej roku Pan Bóg przeciągnął mnie przez takie znajomości, które musiałam sobie odpuścić. Ale zanim to się stało to moje serce wołało do Niego za każdą z osób. Po czasie dowiadywałam się, że dokładnie w tym czasie, kiedy zaczynałam się modlić, to w życiu tych ludzi były trudne sytuacje, przełomowe momenty. Wiem, że to nie ze mnie, że to Bóg zrobił, ale tak po ludzku dobrze jest czasami namacalnie poczuć Jego działanie przez nasze ręce czego wyrazem jest modlitwa wstawiennicza.

Sama doświadczam mocy modlitwy. Moi rodzice choćby nie wiem jak bardzo mnie denerwowali, jak mieli inne podejście do życia, to wiem, że modlą się za mnie. Kilka lat temu zapoczątkowali tradycję zamawiania Mszy Świętych w urodziny każdego z nas. Niesamowite jest to uczucie, kiedy słyszysz W intencji Joanny z okazji urodzin od rodziców i rodzeństwa, a później widzisz najbliższych przyjmujących komunię za Ciebie.

Przed wyjazdem do Kairu jeden jedyny raz przy pożegnaniu poleciały mi łzy po policzkach. Dzwoniłam pożegnać się do jednego z moich braci – tego co chyba przy każdy wspólnym spotkaniu nie wkurza – a on na koniec rozmowy powiedział No co mogę Ci powiedzieć? Będziemy się modlili za Ciebie z Eweliną, Jasiem, nie Stasiu? Pomodlimy się za Twoją chrzestną.

W Duszpasterstwie mamy coś takiego jak “Arkusz sesyjny”. Wpisujemy daty swoich egzaminów, a obok wpisują się osoby, które będą się modliły. Ja nie wiem jakie modły dzisiaj leciały do nieba, ale 29 pytań w 2 minuty z pewnością zdania – to do teraz nie ogarnia jak to się wydarzyło.

Ostatnio bardzo mnie porusza jak ktoś mi mówi, że modli się za mnie. Pan Bóg wtedy bardzo dotyka mojego serca i budzi się we mnie ogromną wdzięczność za relacje, które On buduje. Nawet jeśli dzielą nas kilometry, widzimy się rzadko to dzięki modlitwie jesteśmy blisko siebie. Modlitwa łączy to co na pierwszy rzut oka jest nie do połączenia.

Egipskie opowieści – żywy Jezus

Przygotowania do wolontariatu misyjnego to nie tylko kwesty i materiały edukacyjne. To też formacja duchowa i chociaż nie jechałam do Kairu ewangelizować, od samego początku wiedziałam, że fundamentem całej tej podróży będzie Jezus.

W Kairze codziennie spotykaliśmy się na Mszy. Codziennie karmiliśmy się Jego słowem i ciałem. A później medytacja, śniadanie, przygotowanie lekcji, chwila wolnego, obiad, przyjazd do El Mataryi, praca z dzieciakami, powrót do domu, kolacja, kręgi, czasami dłuższe rozkminy (nawet bardzo dłuższe do 3 nad ranem), sen i tak przez trzy tygodnie.

Z dnia na dzień coraz bardziej poznawałam naszych małych podopiecznych i ludzi, którzy pomagali nam na miejscu. Wielka euforia powoli odchodziła. Podróże do ośrodka coraz bardziej otwierały mi oczy. Ludzie siedzący bez celu na ulicy, hałas, kurz, bieda, kontrasty, zmęczona Nadine, która mimo wszystko cały czas była dla nas. Dzieciaki żyjące w skrajnych warunkach często bez mamy lub taty. Chciały być ciągle w centrum uwagi. Bardzo potrzebowały bliskości i miłości.

Coraz więcej sytuacji mnie poruszało i zapytałam Boga  “Co ja im mogę dać? Kredki nie zastąpią czułości. Nie mogę dać im nowego domu, nie mogę z nimi zostać na zawsze, choć tak bardzo bym chciała. Jezu, co mogę zrobić? Tak bardzo bym chciała, żebyś zmienił ich życie, żebyś był w nim obecny z całą mocą”. I uwaga, odpowiedź przyszła od razu “Daj im mnie”. Dobre nie? Dać w kraju muzułmańskim Jezusa. Chcę tylko zaznaczyć, że nie wszystkie dzieci były chrześcijanami, więc to dopiero byłby odlot i to tak dosłownie. Ale spokojnie nie głosiłam kerygmatu.

Nie wiedząc o co Bogu chodzi zaczęłam zagłębiać się w słowa “Daj im mnie”. Powoli wszystko zaczęło się układać.

Dwa tygodnie przed wyjazdem, podczas Mercy Festival, dostałam Słowo J 2,21: On zaś mówił o świątyni swojego ciała. W pierwszej chwili nic nie zrozumiałam. Ale to tak totalnie. Chyba bardziej niż tego “Daj im mnie”. Nawet zaczęłam się zastanawiać czy sama sobie nie wymyśliłam tego, żeby sprawdzić ten fragment. Na uwielbieniu patrzyłam na ten mały kawałek chleba i wszystko zaczęło powoli się układać. Coraz bardziej docierało do mojej świadomości, że żywy Bóg jest obecny w opłatku. Przyjmując Jego ciało przyjmuję żywego Jezusa – prawdziwego. Komunia ma wielką moc. Wiedziałam to wcześniej, ale wtedy bardzo wyryło mi się to w głowie i sercu. Przypomniałam sobie o tym wielkim odkryciu i wszystkie synapsy w mózgu zaczęły się łączyć, bo skoro przyjmuję codziennie Jezusa, to On we mnie żyje, a skoro daję siebie, swój czas egipskim dzieciakom to tak naprawdę daję im Jezusa. Tadam. Brawo Joanno, Pan Bóg cieszy się z tego, że w końcu to odkryłaś.

Kolejne spotkanie w The Joyful Center dla mnie już nie było takie samo. Nie podeszłam do Fatmy mówiąc “Fatma daję Ci siebie czyli Jezusa”, ale kiedy Fatma znowu próbowała się obrazić to uśmiechałam się, a w głowie powtarzałam sobie, że to przecież Jezus się do niej uśmiecha, a On już o nią się zatroszczy. 

Egipskie opowieści – oczy Jezusa

Niedzielne uwielbienie w Kairze było niepisanym zwyczajem. Po tygodniu pracy, weekendzie spędzonym na zwiedzaniu, siadaliśmy w pokoju i w byliśmy w Jego Obecności.

 

Druga niedziela. Podczas modlitwy siedział we mnie głęboko obraz oczu. Takie spokojne, może lekko radosne, pełne nadziei.

Wiele razy powtarzałam sobie, żeby patrzeć na świat, siebie, ludzi przez pryzmat Jezusa, a wtedy Bóg pokazał mi, że to nie chodzi o pryzmat, jakieś okulary, ale o oczy samego Jezusa. Oczy połączone są z naszym mózgiem, przez które przechodzą informacje i w głowie tworzy się obraz. Jeśli masz oczy Jezusa, to obraz będzie prawdziwy.

Jadąc do Kairu miałam w głowie obraz ludzi, z którymi jechałam, dzieci, z którymi miałam pracować, a wtedy moje wyobrażenia zaczęły sypać się.

Dzieciaki, to nie biedne dzieciaczki, którym jechałam pomóc, ale ukochane dzieci mojego Taty. Dotarło do mnie, że jedyne co im mogę dać to MIŁOŚĆ. Angielski – super, ale to nie o to chodziło. Patrzeć z miłością na Fatmę, która zawsze chciała być pierwsza, na Omara, który żył w innym świecie 4 latka, Habibę i Jolie, które tak bardzo chciały umieć, ale nie zawsze im wychodziło, Mahmuda, który był mega zdolny, ale przytłoczony przez dziewczyny, Norhen, która nieśmiało odpowiadała na pytania, choć zawsze wiedziała o czym mowa, Samę, która stała w cieniu Norhen, Minnę, Ahmeda, Rokaję, Jodie, Negle, Minnę, Farah, Johna, Mariem i wszystkie inne dzieciaki.

Wyobrażenia odbiegają od prawdy. Oceny odbierają piękno. Trudno jest się pozbyć tych obrazów z głowy.

Do Egiptu jechaliśmy siedmioosobową grupą. Każdy inny, z własną historią. Siłą rzeczy nie poznaliśmy się na tyle, żebym znała tylko prawdę. W głowie miałam pewne schematy. A Jezus zaczął pokazywać mi, to jak On patrzył na każdego z nas. Takie pojedyncze rzeczy, których nie było w moich wyobrażeniach, a są prawdziwe. Piękne. Nagle dostrzegasz, że Bóg cieszy się z tego, że ktoś dostrzega małe rzeczy, pamięta o tych, których wybrał, jest wierny i pamięta o Słowie. Budzisz się w nocy patrzysz na prawo i widzisz Jego ukochaną córkę, a nawet coś idzie nie najlepiej, to ratują Cię słowa, że Bóg bardzo kocha tę osobę, która najzwyczajniej w świecie Cię wkurza.

Jezus widzi w nas dobro, o którym tak często zapominamy, bo skupiamy się na tym co złe w drugim człowieku. Daje nam swoje oczy, żebyśmy mogli zobaczyć MIŁOŚĆ.