Blisko

Parę tygodni temu, na imprezie, w centrum Krakowa, wśród pijanych ludzi poczułam niesamowitą bliskość. Nawet nie chodziło o to, że poczułam Jezusa przy mnie, ale zobaczyłam go obok innych ludzi.

Bardzo bliska mi osoba, na pytanie: dlaczego tak długo zwlekała, żeby przyznać mi się do czegoś, powiedziała – Bo Ty jesteś tak blisko Pana Boga, no, a ja…no nie. Wiem, że w krwiobiegu tej osoby w tym momencie było dużo alkoholu i w moim też nie płynęła czysta krew, ale jestem przekonana, że to nie były zwykłe pijackie zwierzenia.  

Pierwsza myśl – Czy moja relacja z Jezusem jest powodem strachu dla innych? W tej konkretnej sytuacji wcale mnie to nie zdziwiło. A później moje synapsy zaczęły coraz ściślej się łączyć i wszystko zaczęło się układać w: głowie, sercu, duszy. Oprócz przypływu miłości, nabrałam przekonania, że On stał tam między nami. Tak, Jezus był na imprezie w klubie i bynajmniej ludzie nie popijali soczku i nie tańczyli belgijskiego (pewnie teraz osoby, które wtedy były ze mną, myślą, że ja serio normalna nie jestem i to był nasz ostatni raz, bo nic nie wspominałam wcześniej o osobie towarzyszącej).

Coraz częściej do mnie dociera, że On jest zawsze blisko nas. Kiedy rozmawiam z ludźmi, którzy ze łzami w oczach mówią o swojej przeszłości i o tym jak daleko byli od Pana Boga przychodzi mi tylko jedno – Ale On nie był daleko od Ciebie i teraz też nie jest. Więc skoro On był blisko to prawa fizyki nie pozwalają na to, żebyś Ty był daleko. Po prostu nie dostrzegałeś Jego obecności.

Sama ostatnio znalazłam kawałek papieru, na którym wypisałam wszystkie zarzuty, jakie miałam do Boga. W liceum, wcale nie czułam, żeby był blisko. Z krzykiem w sercu pytałam, gdzie jest i dlaczego jestem marionetką. Dopiero po latach widzę, że rzeczywiście był blisko. Podstawiał ludzi, okoliczności. Zawsze ciągnęły się za mną dziwne zbiegi wydarzeń, ale 6 lat temu nie nazwałabym ich okolicznościami Bożymi.

Oczywiście jak żyje się w grzechu to ciężko jest zobaczyć Boże działanie. To tak jak ze smogiem. Dzisiaj pierwszy raz od bardzo dawna wracałam do domu patrzę w górę, a tam czyste niebo i gwiazdy! I tak sobie myślę – Przecież one tam cały czas były, ale smog wszystko zasłonił. Tydzień temu byłam w domu. Wieczorem wracałam od brata i była taka mgła, że 15km drogi, które zazwyczaj zajmuje w max. 15 minut  tym razem ciągnęło się pół godziny. Jadę już taka podirytowana, że wróciłam ze smogu na piękny weekend we mgle, wjeżdżam do mojej miejscowości, a tam w jednym punkcie – koniec mgły, czyste niebo, gwiazdy, mróz, żyć nie umierać.  

Od kiedy posmakowałam życia z Bogiem myśl o powrocie do poprzedniego patrzenia na świat, mówiąc szczerze, przeraża mnie. Dobrze pamiętam jakie uczucia temu towarzyszyły, jakie emocje i jak wielkie poczucie samotności, którego nic nie było w stanie zaspokoić.

Czasami trzeba czasu, żeby dostrzec bliskość, ale jak już się to zobaczy to wcale nie chce się wracać do tego co było. I zaczynam doceniać Boży czas, który zawsze wie, kiedy nam coś pokazać. Gdyby Bóg rok temu pokazał mi tę prawdę o sobie, którą teraz odkrywam, to wcale, bym tego tak nie przyjęła jak teraz. Chociaż na początku się wkurzałam – Czemu mi wtedy tego nie pokazałeś? Przecież byłoby dużo łatwiej. A On z uśmiechem mówi – Wcale by nie było i dobrze o tym wiesz.

Oczywiście grzeszymy. Każdy z nas. Ku zdziwieniu części moich znajomych – ja też grzeszę. Odchodzę od Boga. Moje upadki tworzą dystans, czasami taki, że trudno jest mi się pozbierać i wrócić. Ale nie jestem sama. Najbardziej dociera do mnie to wtedy, kiedy jestem na adoracji patrzę na Niego, myślami jestem 1000 kilometrów dalej, serce trochę zagubione i nagle ten przebłysk – Halo, ja tu jestem. Widzisz? Na wyciągnięcie ręki. Już dobrze, no chodź do mnie.

Owinęła Go w pieluszki

Nie jestem jeszcze matką, ale wiem jak to jest trzymać w ramionach kilkugodzinnego noworodka zawiniętego w kocyk. Maleńkie paluszki, nosek i delikatny zapach. Taki bezbronny mały człowieczek, który potrzebuje czułości. Zawsze rozczulało mnie kiedy przytulałam mojego bratanka, a on szukał piersi, która go nakarmi. I tak dzisiaj przed pasterką rozważałam Ewangelię, a tam bum “Owinęła Go w pieluszki”, zaraz po tym “i złożyła Go w żłobie”, które mi nie bardzo leży. Patrzyłam na szopkę i pochylone figurki Maryi i Józefa, a Jezus rzeczywiście w żłobie. Ale On nie był porcelanową figurką, ani plastikową lalką. On przyszedł na świat jako prawdziwy człowiek. Całą Mszę towarzyszyło mi uczucie jakby do mojej piersi przytulało się dziecko i słuchało bicia serca. W stajence pewnie tak było. Nie wyobrażam sobie, żeby Maryja urodziła, owinęła w pieluszki i po prostu położyła w żłobie niech śpi. Jestem wręcz przekonana, że jako matka pełna miłości okazywała swojemu dziecku czułość. Tuliła Go w ramionach, głaskała i pewnie nie chciała Go wypuszczać z rąk.

Ta scena wzbudziła we mnie ogromne poczucie tęsknoty za byciem czułym. Skoro Bóg mówi do mnie czule i przytula z największą miłością to dlaczego ja nie miałabym Go wziąć w ramiona i utulić? Wiem, że jest niezmierzonym Bogiem więc trudno objąć potężnego Boga, ale On jest w każdym z nas, a człowieka dużo łatwiej przytulić i okazać mu czułość. Nawet jeśli to nie będzie fizyczny dotyk, ale uśmiech, modlitwa.

 

Kochany Jezu, Ty wiesz jak to jest być w ramionach ukochanej mamy

proszę Cię przytul dzisiaj tych, którzy nie wiedzą co to miłość.

Przytul tych, którzy płaczą, ale nie ze szczęścia, tylko z braku miłości.

Przytul twarde serca, które są zamknięte na drugiego człowieka.

Utul do snu bezdomnych, którzy tak jak Ty nie mają dachu nad głową.

Owiń swoim pokojem ludzi niespokojnych, którzy ciągle biegną.

Pocałuj na dobranoc wszystkie dzieci, a ja szczególnie proszę za te z El Matareyi

niech ich czarne oczka się zaśmieją.

Proszę przypominaj mi o tych pieluszkach i naucz czułości.

Amen.

Jej spojrzenie

Spokojne oczy pełne miłości spoglądają na mnie z lewego ołtarza w małym drewnianym kościele na południu Polski. Chwilę wcześniej głośny tupot małych stópek wbiegł do środka z lampionami w rękach. Po “Chwała” rozbłysły światła, a Jej oczy spojrzały na mnie. Znam ten obraz. Odkąd sięgam pamięcią jest niezmienny. Może tylko wot dziękczynnych przybyło.

A przykuła mój wzrok dopiero teraz jakby wiedziała, że właśnie potrzebuję pocieszenia. I piszę z uśmiechem w pełni świadoma. Potrzebuję Jej pocieszenia, bo chociaż Duch mnie rozwesela to parę kilometrów dalej w moim małym rozumie smutek mnie odwiedza. Nie wychodzi na zewnątrz, bo wola mu nie pozwala, a ta bardziej uczuciowa część rozumu wypowiada dziękczynienie, które odsuwa tego nieproszonego gościa w kąt bez wyjścia. Lecz ten się nie poddaje i czasami nie daje o sobie zapomnieć. A Ona jak cicha przyjaciółka na mojej drodze uspokaja i uczy jak zachować wszystkie sprawy w sercu. Dla mnie to ciężka lekcja i potrwa pewnie tak do końca życia. Na szczęście Ona rozumie. Bez słów. Jest taka piękna i towarzyszy w każdym uczuciu radości, ale też smutku, bo Ona wie jak to jest kiedy miecz serce przeszywa. W moim przypadku to raczej szpilka, no może gwóźdź, ale pociesza z taką samą mocą jak gdyby był to miecz. Zaciska moją dłoń na małych koralikach i nie pozwala abym je puściła mimo, że w ciągu dwóch miesięcy zgubiłam lub rozwaliłam 4 różańce. Ten Wiślnej za 4,50 jeszcze nie poświęcony, ale już omodlony na razie się trzyma. Pan Bóg doskonale wiedział co robi stawiając Maryję na mojej drodze, bo gdy nic nie rozumiem i wola bardziej chce niż może to Jej oczy pełne pokory pokazują mi, że nie jest tak źle, a On nigdy nie zapomina o swoich dzieciach. Jest wierny do końca.

A teraz spogląda na mnie z małego kawałka papieru postawiona między laptopem, a telefonem. Smaku dodaje jak zwykle duża biała, a o tym co dobre nie pozwala zapomnieć już rozlatujący się notatnik A5 z ks.Jerzym na naklejce patriotycznej. Patrzy tak samo i mówi “Spokojnie”. Otwieram maila, czytam nadesłane zgłoszenia na wolontariat. A teraz najlepsze: Pani, która się dosiadła chyba nie wiedziała, w którą stronę patrzeć jak zastygłam ze łzami w oczach, bo Maryja mi przypomniała, że dla Boga nie ma nic niemożliwego.