Tato

 

14.10.2016

Tato,

tak często zapominam, że jesteś czuły. Tempo życia i spojrzenie świata często zaburza mi Twój wizerunek. Jest tyle poranionych osób, które nigdy nie doświadczyły czułości ze strony ziemskiego taty. Przed oczami mają wykrzyczane słowa, łzy pełne niezrozumienia. Sama czasami mam zaniki w pamięci i skupiam się na tym co ciężkie, a zapominam ile dobrego mnie spotkało. Zapominam o miłości, którą mnie mój tata obdarza nie raz ciężkiej, ale miłości.

Dwa dni temu postanowił być troskliwym tatą i zadbać o mój sen oraz wiedzę historyczną.

Siódma rano. Przewracam się z boku na bok i nawet nie myślę o tym żeby wstawać. W końcu mam zajęcia od 13, a tu nagle telefon „Tata”. Przez sen odbieram

– Halo?

– Co się stało 12 października 1943?

– Cooooooo…?

– No co się stało?

– Nie wiem…

– Trudno, stówa przeszła Ci koło nosa. Wstawaj!

Cały tata i jego zagadki historyczne. Nie powiem, czasami mi się one opłacały i oszczędności wzrastały, ale o siódmej rano? Gdzie tu jakakolwiek czułość? To wręcz znęcanie się nad biednym, śpiącym studentem.

Na całe szczęście kiedy doszłam do siebie czyli gdzieś około południa, po zajęciach poszłam na Mszę gdzie obraz ojcowskiej czułości wyrył się w mojej duszy tak głęboko, że nawet teraz po paru dniach od tego wydarzenia mam go przed oczami.

Chwilę przed Eucharystią do bazyliki wszedł ojciec z synem. Chłopak miał jakieś 10 lat. Po chwili modlitwy tata pokazał mu konfesjonał. Już mi się zapaliły świeczki, bo przecież środek tygodnia, wczesne popołudnie i nie były to okolice pierwszego piątku. Podczas Mszy siedzieli ramię w ramię, skupieni wokół tego co się dzieje na ołtarzu. Znak pokoju rozwalił mnie zupełnie na kawałki. Ojciec wziął w ręce głowę syna i ucałował go w czoło. To nie było zwykłe podanie ręki, takie, które często jest od niechcenia. On przekazał mu pocałunek pełen miłości i pokoju. Prawdziwego pokoju, którego dawcą jesteś Ty – sam Bóg. Pokoju, który uspokaja moje serce i pokazuje mi, że może być inaczej. Następnie komunia. Obydwoje przyjęli Twoje Ciało, ojciec objął syna, uklęknęli w uwielbieniu i zaczęli wspólnie, szeptem Cię uwielbiać. Z kawałków mojej duszy zostały ziarna piasku. Dawno nie widziałam nic tak pięknego. Ogrom czułości. Facet na oko blisko czterdziestki, w kościele pośród ludzi nie bał się zdjąć stereotypu szorstkiego ojca.

Przypomniał mi jaki mój tata potrafi być czuły gdzie zawsze przy składaniu życzeń czy łamaniu się opłatkiem płacze. W ubiegłym roku w końcu to nie ja pierwsza zmyłam wigilijny makijaż. ( Tato jeśli jakimś cudem to czytasz to wiedz, że to jeden z najpiękniejszych momentów kiedy widzę jak płyną Ci łzy szczęścia). Święta Bożego Narodzenia to właśnie jedna z takich okazji podczas, których czułość wygrywa nad wszystkim. Miałam może 6-7 lat jak przed Wigilią tata wziął mnie na zakupy i kupił mi piękną ciemnozieloną sukienkę. Pamiętam jaka byłam dumna. Czułam się lepiej niż księżniczka, bo wszystkie księżniczki miały różowe sukienki, białe rajstopy, a ja się wyróżniałam. Później jak z niej wyrosłam to ciężko było mi się jej pozbyć, bo mi przypominała o tym, że mój ukochany tatuś zrobi wszystko by jego córeczka czuła się najpiękniejsza na świecie.

I Ty Tato sprawiasz, że czuję się piękna. Przytulasz mnie i mówisz, że całe zło rozproszy się jak dym, stopi się jak wosk w ogniu Twojej miłości, a ja radośnie będę śpiewała i tańczyła w ciemnozielonej sukience, bo jestem Twoją ukochaną córką, którą ochronisz, a potem czule pocałujesz w czoło przekazując mi cały Twój pokój.

Dziękuję.

Przypadek? Nie sądzę

Nauczyłam się jednej rzeczy – w życiu nie ma przypadków są okoliczności Boże.

Odkąd świadomie zaczęłam żyć z Jezusem w moim życiu zaczęły pojawiać dziwne zbiegi okoliczności, ale to co dzieje się w ostatnim czasie przechodzi moje wszelkie wyobrażenia.

Po trzech tygodniach w Kairze, powrocie do rzeczywistości, w której nie potrafiłam się odnaleźć spakowałam plecak i pojechałam do Częstochowy, a potem do Głogówka.

Zaczęło się całkiem niewinnie. O piątej rano wysiadłam na dworcu, z głową pełną wspomnień z dziewięciu pielgrzymek przeszłam przez aleje, zobaczyłam szczyt jasnogórski, wyspowiadałam się i w blasku wschodzącego słońca, w jej ramionach miałam najlepszy chillout. Założyłam sobie, że w ten weekend nie włączam telefonu. Podkusiło mnie i na chwilę włączyłam. Dostałam wiadomość, która mnie wyrwała z tego błogiego stanu i zaczęłam się zastanawiać czy aby na pewno dobrze zrobiłam przyjeżdżając tutaj. Taka lekko zaniepokojona przeszłam do cienia. Próbując odzyskać spokój i pewność pisałam. Po paru minutach widzę, że zbliża się dziewczyna. Rozmawiała przez telefon, a ja pomyślałam “Ciekawe kim jest?”. Rozłączyła się, przeszła obok i pyta

-Czy jest już otwarte?

-Tak, jestem tu od 5 rano. – i zaczęło się. Okazało się, że ma tak samo na imię, a na jej piersi też jest krzyż jerozolimski. Przypadek? Kiedy Asia to odkryła i zauważyła ten krzyżyk na mojej szyi to zaświeciły się jej oczy i sama zaczęła zadawać pytania. Ne wiem dokładnie co później mówiłam, ale Duch Święty zrobił swoje. Z pierwszym słowem nabrałam pewności, że właśnie tu powinnam być. On dobrze wiedział jaką tęsknotę wlać w moje serce, a mi zostawił wybór jechać, albo nie. Ostatnio łapię się na tym, że jeśli czuję przynaglenie to zbytnio się nie zastanawiam tylko idę. I poszłam choć nie wiedziałam co się stanie jednak On doskonale wiedział gdzie mnie posłać.

Można to tłumaczyć przypadkiem, bo przecież nie jedna Asia z rozchwianiem duchowym mogła szukać pokoju na Jasnej Górze. Krzyż jerozolimski nie jest unikatem, ale Jezus dał mi pewność, że to On mnie prowadzi i nawet gdybym chciała jakoś racjonalnie wytłumaczyć to na koniec weekendu swoim poczuciem humoru rozwalił mnie całkowicie.

Wyjeżdżając z Krakowa już wiedziałam, że wrócę stopem. Czułam silną potrzebę zrobienia czegoś spontanicznie, brakowało mi takiej lekkiej adrenaliny. Gdzieś z tyłu głowy miałam pewność, że ta myśl jest od Niego, ale tak racjonalnie sobie powtarzałam, że nawet jeśli to tylko mój kaprys to przecież On się zatroszczy i mnie poprowadzi.

Po bogatym duchowo weekendzie budzę się w niedzielę i pierwsza myśl “Ciekawe gdyby tak zabrała mnie osoba duchowna”. Dwa dni wcześniej rozmawiałyśmy o kapłanach, którzy odchodzą i chcąc nie chcąc siedział mi w głowie ksiądz z mojej parafii, który na razie jest na urlopie i kolejna myśl “A gdyby to był ksiądz, który nie jest księdzem?”. Wstałam, zjadłam śniadanie, powiedziałam Marcie, że jadę stopem. Ona oczywiście nie chciała się zgodzić, ale ja ze spokojem powtarzałam, że po prostu powinnam jechać. Przyznam szczerze, że te słowa padały z moich ust, ale jakby nie były moje, bo jednak trochę szybciej, niepewniej moje serce biło. Poszłyśmy na Mszę, zjadłyśmy obiad. Marta podwiozła mnie w okolice autostrady i w samochodzie mówi

– Nie mówiłam żadnemu znajomemu księdzu, że jedziesz, ale może ktoś się znajdzie.

– Dokładnie o tym samym sobie rano pomyślałam.

Kartka A3 z napisem KRAKÓW, serduszkiem i wykorzystując wszystkie chwyty reklamowe blondynka, w spódnicy z różańcem w ręce i plecakiem stanęła przy drodze.

Dwie dziesiątki później zatrzymuje się nowy golf, z klimatyzacją, leci dobra muzyka. Młody, przystojny blondyn mówi, że w prawdzie nie jedzie do samego Krakowa, ale do Zabrza więc zawsze to parędziesiąt kilometrów. Okazuje się, że pierwszy raz kogoś bierze. Cudownie, bo ja pierwszy raz jadę na stopa. Rozmowy o moim weekendzie, studiach. Był po teologii, teraz studiuje prawo i nagle pytanie

-Jesteś bardzo wierząca tak?

-Tak jestem. Skąd to pytanie?

-Bo masz krzyżyk na piersi. Pewnie należysz do jakiegoś duszpasterstwa?

-Tak

-I pewnie bardzo się angażujesz

-Tak

-To pomódl się za mnie. Byłem 4 lata księdzem. – A Aśka zamiast się przestraszyć to tylko się wewnętrznie uradowała, bo przypomniała sobie o porannych rozkminach

-Byłeś wyświęcony?

-Tak, pracowałem 4 lata, później tak mi się odmieniło i studiuję prawo. Pomódl się za mnie kiedyś

-Spoko, jak wysiądę to wyciągnę różaniec i poleci za Ciebie.- Żeby tego było mało zaczęliśmy rozmawiać o rodzinie mówi, że ma trzech braci i dwie siostry. A ja

-Czyli jest Was sześcioro. Popatrz tak jak u mnie Mojemu kierowcy lekko zaświeciły się oczy. -Zaraz, zaraz czyli czterech chłopaków, dwie dziewczyny to taki sam podział jak u mnie- ciągnęłam dalej, a jego coraz bardziej błyszczały i żeby uciąć temat tych zaskakujących przypadków mówi

-No, a ja jestem ten ukochany i wyczekany, bo trzeci.- W tym momencie Aśka wybuchnęła śmiechem

-Ja też. Przypadek? Nie sądzę.

Widok trzydziestoparoletniego mężczyzny, który nie może znaleźć racjonalnego wyjaśnienia – bezcenny.  Na koniec ponownie poprosił mnie o modlitwę. Wyszłam z samochodu i przy ruchliwej ulicy na poboczu zaczęłam tańczyć. Pewność jaką mnie napełnił jest we mnie. Bo On jest Bogiem wszechmocnym, wlewa w nasze serca myśli i pragnienia, a moment kiedy uświadamiasz sobie, że te myśli nie są Twoje jest nie do opisania.

Panie Boże, dziękuję Ci za ten magnes i za każdego człowieka, którego dziwnym zbiegiem okoliczności do mnie przyciągnąłeś. Wielu rzeczy do dzisiaj nie rozumiem, ale ufam, bo Ty wiesz najlepiej.

 

 

Kairski deszcz pełen miłości

Sobotnie wrześniowe południe na placu dominikańskim z dużą białą, croissantem czekoladowym, “Życiem na pełnej petardzie” i z Jego miłością. Za oknem pierwsze krople jesiennego deszczu zaczynają malować magiczny klimat Krakowa, w którym zakochałam się jeszcze w liceum.

Powracają wszystkie marzenia, tęsknoty sprzed kilku lat i nieodłączny tekst “Jak zakochać się to tylko jesienią, wieczorem w deszczowym Krakowie”. W słuchawkach płynie “Tak bowiem Bóg umiłował świat”. Bez przerwy.

Aromat kawy pobudza umysł, niewymuszone, pełne autoironii teksty ks.Kaczkowskiego coraz bardziej ciekawią, a muzyka totalnie rozwala na kawałki moje serce i napełnia je łzami.

Czuć we mnie jeszcze egipskie klimaty nie tylko dlatego, że mam kolorową torbę i krzyżyk na ręce. Czarne błyszczące oczy Norhen, Samy, Omara, Jolie, Negle, Rokaii, Mariem, Joshepa, Jona ciągle powracają. Uruchamia się tęsknota za rozmowami do 3 nad ranem, kręgami, szaloną jazdą Refata, pełnym troski spojrzeniu Nadine, żartami Amy z abuny i Ashrafa, a nawet za docieraniem się i kurczakiem crunchy. Dopiero teraz kiedy powracam do codzienności, ze względnie poukładanym życiem zaczyna do mnie docierać sens tych trzech tygodni. Właśnie dzisiaj w deszczu, o którym w Kairze można pomarzyć. Kawałek po kawałku odsłania mi tę tajemnicę, bo mimo wielu odkryć to czas spędzony na wolontariacie w Egipcie nadal pozostaje dla mnie zagadką. Uruchomił wiele tęsknot, pragnień, które jak się okazuje były we mnie od dawna.

Kilka dni temu odgrzebałam kalendarz z 2011 roku. Przy 31 grudnia zapisałam “A za rok myślimy o Afryce”. Nawet nie pamiętam żebym wcześniej miała takie myśli i do tego je zapisywała. On pamiętał i pięć lat później  już nie tylko myślałam, ale rzeczywiście postawiłam swoje stopy na afrykańskiej ziemi. Na razie na północy, lecz kto wie gdzie mnie jeszcze zaprowadzi.

Bóg pamięta o każdym moim pragnieniu, marzeniu. Dobrze wie co się dzieje w moim sercu, a żeby je upewnić powtarza tylko “Bądź wierna. We wszystkim. Codziennie. Bądź wierna w każdym pragnieniu.”.

Zakochuję się w Nim coraz bardziej, a On mnie zmienia. Sprawdza, oczyszcza, doświadcza i choć nie ukrywam, że boli to codziennie oddaję każde pragnienie i marzenie z przekonaniem, że On najlepiej się zatroszczy, a jeśli taka Jego wola to w 2018 ponownie w zatłoczonym Kairze powiem Ashrafowi, że pamiętałam i nie wszyscy są ślepi.

Tymczasem wracam do Krakowa z trochę mniejszym smogiem, ale z Łaską, bo On codziennie na nowo zakochuje się we mnie blondynce ze słonecznikiem w ręce, który zaraz powędruje do Jego kolejnej córki, bo ją tak samo kocha i nigdy nie odpuści, nie porzuci bez wyjaśnienia. Tylko mówi ze spokojem, że dzięki Jego miłości przed nami życie wieczne.