Egipskie opowieści – oczy Jezusa

Niedzielne uwielbienie w Kairze było niepisanym zwyczajem. Po tygodniu pracy, weekendzie spędzonym na zwiedzaniu, siadaliśmy w pokoju i w byliśmy w Jego Obecności.

 

Druga niedziela. Podczas modlitwy siedział we mnie głęboko obraz oczu. Takie spokojne, może lekko radosne, pełne nadziei.

Wiele razy powtarzałam sobie, żeby patrzeć na świat, siebie, ludzi przez pryzmat Jezusa, a wtedy Bóg pokazał mi, że to nie chodzi o pryzmat, jakieś okulary, ale o oczy samego Jezusa. Oczy połączone są z naszym mózgiem, przez które przechodzą informacje i w głowie tworzy się obraz. Jeśli masz oczy Jezusa, to obraz będzie prawdziwy.

Jadąc do Kairu miałam w głowie obraz ludzi, z którymi jechałam, dzieci, z którymi miałam pracować, a wtedy moje wyobrażenia zaczęły sypać się.

Dzieciaki, to nie biedne dzieciaczki, którym jechałam pomóc, ale ukochane dzieci mojego Taty. Dotarło do mnie, że jedyne co im mogę dać to MIŁOŚĆ. Angielski – super, ale to nie o to chodziło. Patrzeć z miłością na Fatmę, która zawsze chciała być pierwsza, na Omara, który żył w innym świecie 4 latka, Habibę i Jolie, które tak bardzo chciały umieć, ale nie zawsze im wychodziło, Mahmuda, który był mega zdolny, ale przytłoczony przez dziewczyny, Norhen, która nieśmiało odpowiadała na pytania, choć zawsze wiedziała o czym mowa, Samę, która stała w cieniu Norhen, Minnę, Ahmeda, Rokaję, Jodie, Negle, Minnę, Farah, Johna, Mariem i wszystkie inne dzieciaki.

Wyobrażenia odbiegają od prawdy. Oceny odbierają piękno. Trudno jest się pozbyć tych obrazów z głowy.

Do Egiptu jechaliśmy siedmioosobową grupą. Każdy inny, z własną historią. Siłą rzeczy nie poznaliśmy się na tyle, żebym znała tylko prawdę. W głowie miałam pewne schematy. A Jezus zaczął pokazywać mi, to jak On patrzył na każdego z nas. Takie pojedyncze rzeczy, których nie było w moich wyobrażeniach, a są prawdziwe. Piękne. Nagle dostrzegasz, że Bóg cieszy się z tego, że ktoś dostrzega małe rzeczy, pamięta o tych, których wybrał, jest wierny i pamięta o Słowie. Budzisz się w nocy patrzysz na prawo i widzisz Jego ukochaną córkę, a nawet coś idzie nie najlepiej, to ratują Cię słowa, że Bóg bardzo kocha tę osobę, która najzwyczajniej w świecie Cię wkurza.

Jezus widzi w nas dobro, o którym tak często zapominamy, bo skupiamy się na tym co złe w drugim człowieku. Daje nam swoje oczy, żebyśmy mogli zobaczyć MIŁOŚĆ.

 

Egipskie opowieści – prolog

Pierwszy wiosenny wieczór. Siedzę na moim krakowskim balkonie, w tle słychać samochody, tramwaje, wiatr lekko porusza hiacyntem, który przypomina o swoim istnieniu. W głowie Kair.

Próbuję coś sensownego klepać na klawiaturze, ale nie bardzo wiem co. Chciałabym jak najlepiej oddać, to co się we mnie tam działo. Mogłam zapisywać wszystko od razu, ale na miejscu tylko chłonęłam. Pół roku później zastanawiam się gdzie jest to wszystko czym wtedy nasiąkłam. Momentami mam wrażenie, że gdzieś wyparowało. Umknęło mimowolnie. Na szczęście Bóg przypomina nam o cudach, które zrobił. Cudem jest mój wyjazd na wolontariat do Kairu. Wiele razy zastanawiałam się “po co? jak? dlaczego? i co mam z tego?” i za każdym zatrzymuję się w miejscu “Bo Bóg tak chciał”. Bardzo chciałabym zobaczyć co jest za ścianą, dowiedzieć się “dlaczego On tak chciał?”, ale w tym temacie On milczy. Jakby czekał, aż sama to odkryję – więc piszę i odkrywam.

 
Pierwsza noc w Kairze. Szczęśliwie wylądowaliśmy. Po wyjściu z lotniska uderzył mnie gorąc, a drogi do miejsca zakwaterowania nie pamiętam. Ojciec Magdy pokazał nam nasze pokoje, zrzuciłam 27 kg z pleców i miałam ochotę zasnąć, tak jak stałam. Ale przecież nie mogłam tego tak po prostu zrobić. Wyszłam na balkon i pamiętam, że chciało mi się płakać. Nic nie chciałam mówić. Po prostu być. Basia stanęła obok i powiedziała “ Teraz to tylko podziękować”. Zapaliła mi się lampka, zawołałam resztę i tacy brudni, śpiący zaczęliśmy uwielbiać Boga z ukulele. Pamiętam tylko “Nie chcę w innymi miejscu być niż w miłości Twej”. Nie pamiętam, żadnego słowa, które wtedy padło z moich ust, ale przed oczami mam naszą szóstkę stojącą w kręgu i uwielbiającą. Każdy tak jak potrafił.

Dla Boga nie ma znaczenia czy to klimatyczny balkon na Podgórzu, czy miejsce z widokiem na meczet, Wtedy, pierwszy raz w Kairze, zachwyciłam się Jego obecnością. Choć nie pamiętam słów, wyrazów twarzy, to wiem, że wtedy w moim sercu królował On. 

Blisko

Parę tygodni temu, na imprezie, w centrum Krakowa, wśród pijanych ludzi poczułam niesamowitą bliskość. Nawet nie chodziło o to, że poczułam Jezusa przy mnie, ale zobaczyłam go obok innych ludzi.

Bardzo bliska mi osoba, na pytanie: dlaczego tak długo zwlekała, żeby przyznać mi się do czegoś, powiedziała – Bo Ty jesteś tak blisko Pana Boga, no, a ja…no nie. Wiem, że w krwiobiegu tej osoby w tym momencie było dużo alkoholu i w moim też nie płynęła czysta krew, ale jestem przekonana, że to nie były zwykłe pijackie zwierzenia.  

Pierwsza myśl – Czy moja relacja z Jezusem jest powodem strachu dla innych? W tej konkretnej sytuacji wcale mnie to nie zdziwiło. A później moje synapsy zaczęły coraz ściślej się łączyć i wszystko zaczęło się układać w: głowie, sercu, duszy. Oprócz przypływu miłości, nabrałam przekonania, że On stał tam między nami. Tak, Jezus był na imprezie w klubie i bynajmniej ludzie nie popijali soczku i nie tańczyli belgijskiego (pewnie teraz osoby, które wtedy były ze mną, myślą, że ja serio normalna nie jestem i to był nasz ostatni raz, bo nic nie wspominałam wcześniej o osobie towarzyszącej).

Coraz częściej do mnie dociera, że On jest zawsze blisko nas. Kiedy rozmawiam z ludźmi, którzy ze łzami w oczach mówią o swojej przeszłości i o tym jak daleko byli od Pana Boga przychodzi mi tylko jedno – Ale On nie był daleko od Ciebie i teraz też nie jest. Więc skoro On był blisko to prawa fizyki nie pozwalają na to, żebyś Ty był daleko. Po prostu nie dostrzegałeś Jego obecności.

Sama ostatnio znalazłam kawałek papieru, na którym wypisałam wszystkie zarzuty, jakie miałam do Boga. W liceum, wcale nie czułam, żeby był blisko. Z krzykiem w sercu pytałam, gdzie jest i dlaczego jestem marionetką. Dopiero po latach widzę, że rzeczywiście był blisko. Podstawiał ludzi, okoliczności. Zawsze ciągnęły się za mną dziwne zbiegi wydarzeń, ale 6 lat temu nie nazwałabym ich okolicznościami Bożymi.

Oczywiście jak żyje się w grzechu to ciężko jest zobaczyć Boże działanie. To tak jak ze smogiem. Dzisiaj pierwszy raz od bardzo dawna wracałam do domu patrzę w górę, a tam czyste niebo i gwiazdy! I tak sobie myślę – Przecież one tam cały czas były, ale smog wszystko zasłonił. Tydzień temu byłam w domu. Wieczorem wracałam od brata i była taka mgła, że 15km drogi, które zazwyczaj zajmuje w max. 15 minut  tym razem ciągnęło się pół godziny. Jadę już taka podirytowana, że wróciłam ze smogu na piękny weekend we mgle, wjeżdżam do mojej miejscowości, a tam w jednym punkcie – koniec mgły, czyste niebo, gwiazdy, mróz, żyć nie umierać.  

Od kiedy posmakowałam życia z Bogiem myśl o powrocie do poprzedniego patrzenia na świat, mówiąc szczerze, przeraża mnie. Dobrze pamiętam jakie uczucia temu towarzyszyły, jakie emocje i jak wielkie poczucie samotności, którego nic nie było w stanie zaspokoić.

Czasami trzeba czasu, żeby dostrzec bliskość, ale jak już się to zobaczy to wcale nie chce się wracać do tego co było. I zaczynam doceniać Boży czas, który zawsze wie, kiedy nam coś pokazać. Gdyby Bóg rok temu pokazał mi tę prawdę o sobie, którą teraz odkrywam, to wcale, bym tego tak nie przyjęła jak teraz. Chociaż na początku się wkurzałam – Czemu mi wtedy tego nie pokazałeś? Przecież byłoby dużo łatwiej. A On z uśmiechem mówi – Wcale by nie było i dobrze o tym wiesz.

Oczywiście grzeszymy. Każdy z nas. Ku zdziwieniu części moich znajomych – ja też grzeszę. Odchodzę od Boga. Moje upadki tworzą dystans, czasami taki, że trudno jest mi się pozbierać i wrócić. Ale nie jestem sama. Najbardziej dociera do mnie to wtedy, kiedy jestem na adoracji patrzę na Niego, myślami jestem 1000 kilometrów dalej, serce trochę zagubione i nagle ten przebłysk – Halo, ja tu jestem. Widzisz? Na wyciągnięcie ręki. Już dobrze, no chodź do mnie.