Egipskie opowieści – Józef z El Mataryi

W Kairze czuwało nad nami parę dobrych dusz, które gdyby mogły to bym nam nieba przychyliły. Jedną z takich osób był Józef, pracownik The Joyful Center. Wydawać by się mogło, że człowiek zawsze stojący z boku nie jest w stanie zrobić niczego ważnego. Jednak patrząc na jego imienników z Nazaretu czy Arymatei dostrzegam siłę milczenia, która jest wzmocniona działaniem. I tak mieliśmy swojego Józefa z El Mataryi.

Czytałam ostatnio sam początek Ewangelii o Zwiastowaniu i pierwsze co rzuciło  mi się w oczy to zachowanie Józefa. Przyśnił mu się Anioł, a ten nic nie pytał tylko zrobił to co miał zrobić. Maryja zanim powiedziała “Fiat” zapytała “Jak to się stanie?” i idealnie ten ewangeliczny przykład pasuje do opisu pracy w The Joyful Center. Kobiety pracujące w ośrodku mogły rozkładać na czynniki pierwsze wszystko – nawet odcienie ściany. On zazwyczaj milczał, stał z boku, ale doskonale wiedział, kiedy ma coś zrobić.

Józef nie mówił po angielsku, więc nigdy nie wymieniliśmy ze sobą więcej niż dwa zdania. Mimo bariery językowej miałam nieodparte wrażenie, że wszystko rozumiał – może nie sam język, ale sytuację. Pamiętam doskonale dwie sytuacje, gdzie Józef z El Mataryi był moim bohaterem.

Pierwsza. W roli głównej urocza Fatma, która mogłaby zastąpić w memach dziewczynkę z pożaru (polecam wyszukać w google i wyobrazić sobie).  Moja grupa kochała malować. Kredki szły w ruch na każdych zajęciach. To był jedyny sposób, aby w klasie panował względny spokój, a przy tym można było czegoś się nauczyć. Pewnego dnia podczas kolorowania Fatma rzuciła swoimi rzeczami i z płaczem wybiegła z sali. Byłam totalnie zdezorientowana. Reszta dzieciaków próbowała mi wytłumaczyć co się stało, ale mój arabski kończy się na liczeniu do 10. Poszłam szukać Fatmy. Zapłakana dziewczynka była z Józefem. Próbowałam dopytać, po swojemu załagodzić sytuację, a on powiedział tylko – Everything is ok. Wróciłam do klasy chociaż dalej nie wiedziałam co właśnie się stało. Trzy minuty po mnie wróciła skruszona Fatma, otarła mokre policzki i przeprosiła Habebę, która siedziała obok niej. Okazało się, że poszło o kredkę! Nie mam pojęcia co jej Józef powiedział, ale Fatma przepraszająca koleżankę to jeden z piękniejszych widoków. Przez chwilę myślałam, że to ja coś nie tak zrobiłam. Próbowałam wyjaśnić sytuację, dowiedzieć się czegoś od Józefa, a ten powiedział właściwie trzy słowa po angielsku, jasno dał do zrozumienia, że panuje nad wszystkim i odesłał Fatmę do klasy.  W tak prostej sytuacji, z której ja niepotrzebnie mogłam zrobić mały chaos (chociażby w mojej głowie), on okazał się być bohaterem.

Druga sytuacja mogłaby być reklamą agencji ochrony. Do The Joyful Center Refat podwoził nas pod same drzwi. Czasami samochód przyjeżdżał wcześniej, więc był zaparkowany na końcu ulicy, a my pod bramą czekaliśmy, aż podjedzie bliżej. Osobiście nie odczuwałam żadnego zagrożenia i nie robiło mi różnicy to czy stoję przed czy za drzwiami. Jednak dla naszych gospodarzy nasze bezpieczeństwo było najważniejsze i dbali o to, żebyśmy sami nie wychodzili z ośrodka. Józef zawsze czekał z nami, aż Refat podjedzie. Jednego wieczoru bardzo nas pilnował i po tym jak samochód podjechał pierwszy wyszedł, rozejrzał się na wszystkie strony, wszedł do auta tak jakby sprawdzał czy nikogo obcego nie ma w środku i dopiero nas wpuścił. Te kilka minut było dla mnie jak z jakiegoś filmu sensacyjnego. Przez moment mi nie przyszło do głowy, że coś nam może grozić, a on jakby coś wiedział, przeczuwał, upewnił się czy wszystko jest w porządku.

Józef z El Mataryi to dla mnie przykład mężczyzny. Po prostu mężczyzny bez żadnych przymiotników, bo w nim (zaraz po Józefie z Nazaretu i Arymatei) widziałam wszystko czego ja jako kobieta szukam w mężczyznach.

 

Normalność

Czasami mam takie zwyczajne dni, kiedy nic wielkiego się nie dzieje. Nie mam zaplanowanych wielkich spotkań, nie zabieram nikogo na blablacarze, nie jeżdżę stopem, nie ewangelizuję, nie prowadzę uwielbienia czy też wielkich rozmów o wierze, nie planuję misji. Tak po prostu wstaję, serial do śniadania, ogarniam bardzo podstawowe rzeczy i wtedy tak trudno odnajduję się w tej normalności.

Jestem przyzwyczajona do niezwykłych wydarzeń. Cudów dziejących się na moich oczach. Obecności Bożej tak namacalnej, że pozostaje mi tylko patrzeć z uśmiechem w niebo. Boże przypadki ciągną się za mną odkąd pamiętam, a kiedy odchodzą Boże fajerwerki czuję się nieswojo.

Rok 2016 był pełen prezentów prosto z nieba. Nie było takich drzwi, które po otworzeniu nie okazałyby się początkiem raju na ziemi. Nawet jak przychodziły ciężkie chwile, gdzie łzy same płynęły, to wiedziałam, że On wszystko ogarnie. Nie było miejsca na zwątpienie.

Kiedy siadam sama w pokoju, chodzę po ulicy i zupełnie nic się nie dzieje przychodzą różne myśli. Idę w miejsca, w których liczę na mały cud, a tu nic. Co jest nie tak? Po chwili dociera do mnie, że tak właśnie wygląda normalny świat, a to co wokół mnie się dzieje to nic innego jak działanie Łaski. Normalność nie wyklucza Bożego działania. Duch Święty wieje jak chce i kiedy chce. Objawia swoją moc w rozmowach o wierze z przypadkowymi ludźmi, ale też w kawie i książce na plantach.

Normalne dni ciągle przypominają mi, że wiara nie opiera się na emocjach, fajerwerkach. Moja wiara sprawdzana jest w normalności. W tym czy będę miła dla ekspedientki, która ewidentnie ma słaby dzień, czy pocisnę siostrze, czy przy kawie poplotkuję.

Dwa miesiące temu byłam w Izraelu. Moje marzenie spełniło się szybciej niż sobie to planowałam. Przed wyjazdem przygotowywałam się na to miejsce i miałam takie wielkie pragnienie doświadczenia Boga. W wyobraźni pojawiło się kilka pomysłów – na szczęście żaden z nich nie został zrealizowany. Bóg pokazał mi siebie w moim wkurzającym rodzeństwie, a raczej w tym ile jeszcze jest we mnie rzeczy do przepracowania, ile jeszcze w moim sercu jest egoizmu.

Bóg bada moje serce najbardziej w codzienności. W tym jaką jestem siostrą, córką, przyjaciółką, studentką. Przygotowuje mnie do tego, abym kiedyś w natłoku obowiązków, z mężem, dziećmi, domem do ogarnięcia nie zapomniała o Nim i zawsze go uwielbiała, nawet robiąc pranie, bo Boga uwielbiać z rękami podniesionymi do góry wśród przyjaciół ze wspólnoty i zbierając maliny z babcią. Jemu nie doda chwały najlepszy zespół i nie odbiorą jej rozrzucone skarpetki. Jeśli obiecuje to jest wierny na adoracji i na imprezie. Dla Niego nie liczy się czas, miejsce, okoliczności, liczy to czy moje serce jest otwarte na przyjęcie Łaski – z fajerwerkami i też bez.

Połączeni

Kiedy byłam młodsza i trochę głupsza niż teraz to śmiałam się, że nic nie łączy ludzi tak jak alkohol. Odkąd zaczęłam mieć świadomą relację z Jezusem wiem, że nic nie łączy ludzi tak jak modlitwa.

Zawsze najprościej przychodziła mi modlitwa prośbami, bo to tak najłatwiej wyrazić, a co tu dużo ukrywać, mam wiele interesów do Boga. Jeśli ktoś mnie prosi o modlitwę, to nie potrafię odmówić, bo jak mogę odmówić komuś Łaski, która tak swoją drogą nie należy do mnie. Czasami słyszę Asia, weź się za mnie pomódl, najbardziej rozśmieszył mnie kiedyś argument Módl się za mnie, bo Ty masz Ducha, ale odpowiedziałam tylko Ty też Go masz, ale spoko pomodlę się. Modlę się za konkretne osoby czasami bardziej, a czasami mniej intensywnie. Panu Bogu moje modlitwy nic nie dodają, ale to jak On zmienia moje serce przechodzi wszystkie moje wyobrażenia.

Pierwszy i jak na razie jedyny raz odmawiałam nowennę pompejańską w intencji mojej przyjaciółki i jej chłopaka. Na początku pojawiały się myśli: chciałabym, aby “po prostu żyli po Bożemu”, może się rozstaną, ale z każdym paciorkiem różańca Jezus uczył mnie, że to wcale nie o to chodzi. Ta modlitwa zmieniła mój sposób patrzenia na nich, na ich sytuację. Nauczyła mnie miłości do nich. Nie raz mega trudnej, ale takiej prawdziwej miłości do bliźniego.

Jezus stawia na mojej drodze bardzo różne osoby i porusza moje serce do modlitwy za nie. Momentami jest cięzko, bo zależy mi na konkretnych relacjach, a jedyne co mogę w danej sytuacji zrobić to oddać taką relację Bogu w modlitwie.

Przez ostatnie półtorej roku Pan Bóg przeciągnął mnie przez takie znajomości, które musiałam sobie odpuścić. Ale zanim to się stało to moje serce wołało do Niego za każdą z osób. Po czasie dowiadywałam się, że dokładnie w tym czasie, kiedy zaczynałam się modlić, to w życiu tych ludzi były trudne sytuacje, przełomowe momenty. Wiem, że to nie ze mnie, że to Bóg zrobił, ale tak po ludzku dobrze jest czasami namacalnie poczuć Jego działanie przez nasze ręce czego wyrazem jest modlitwa wstawiennicza.

Sama doświadczam mocy modlitwy. Moi rodzice choćby nie wiem jak bardzo mnie denerwowali, jak mieli inne podejście do życia, to wiem, że modlą się za mnie. Kilka lat temu zapoczątkowali tradycję zamawiania Mszy Świętych w urodziny każdego z nas. Niesamowite jest to uczucie, kiedy słyszysz W intencji Joanny z okazji urodzin od rodziców i rodzeństwa, a później widzisz najbliższych przyjmujących komunię za Ciebie.

Przed wyjazdem do Kairu jeden jedyny raz przy pożegnaniu poleciały mi łzy po policzkach. Dzwoniłam pożegnać się do jednego z moich braci – tego co chyba przy każdy wspólnym spotkaniu nie wkurza – a on na koniec rozmowy powiedział No co mogę Ci powiedzieć? Będziemy się modlili za Ciebie z Eweliną, Jasiem, nie Stasiu? Pomodlimy się za Twoją chrzestną.

W Duszpasterstwie mamy coś takiego jak “Arkusz sesyjny”. Wpisujemy daty swoich egzaminów, a obok wpisują się osoby, które będą się modliły. Ja nie wiem jakie modły dzisiaj leciały do nieba, ale 29 pytań w 2 minuty z pewnością zdania – to do teraz nie ogarnia jak to się wydarzyło.

Ostatnio bardzo mnie porusza jak ktoś mi mówi, że modli się za mnie. Pan Bóg wtedy bardzo dotyka mojego serca i budzi się we mnie ogromną wdzięczność za relacje, które On buduje. Nawet jeśli dzielą nas kilometry, widzimy się rzadko to dzięki modlitwie jesteśmy blisko siebie. Modlitwa łączy to co na pierwszy rzut oka jest nie do połączenia.